O mnie

Moje zdjęcie
-> Zofia Ziętek -> Studentka niestacjonarna dietetyki na SGGW. -> 24 lata. -> Kocham koty, koty to NadZwierzęta. -> Dumny wróg publiczny lewicowej części Pinteresta. -> Lubię wkurwiać lewicowe dzieci. -> Zardonic to Nadbóg, jego po prostu nie da się nie wielbić z czystym sumieniem. -> Moja wiocha to Kolonia Jurki a miasto Grójec i mam w piździe to, że nadal jestem zameldowana w Warszawie. -> Aktywna użytkowniczka Reddita. -> Jestem w wielu fandomach, jednak pięć podstawowych to Zealots, BL3NDERS, C&C, Gachowate gry i Half-Life. -> Lubię czytać wszędzie, ale nie w domu. Cholera wie czemu. -> Obecnie uczę się hiszpańskiego i rosyjskiego. -> Jestem nietolerancyjnym kartoflem i jestem z tego dumna. -> Mam niedojebaną matkę, która nie przeżyje dnia bez opierdolenia mnie o byle gówno. -> Nie chcę mieć chłopaka. Po prostu nie, nie chcę mieć w życiu żadnych nieobowiązkowych ograniczeń. -> W tym roku wreszcie znalazłam postać fikcyjną, z którą mogę się utożsamiać. ;"-) -> Lubię z ChatGPT korzystać, często mi pomaga. -> Yuri z Red Alert 2 jest seksi as fuck, change my mind. -> Kocham swoje życie, jest zajebiste.

wtorek, 28 maja 2019

One Way To Dreams, czyli jak nie pisać fantasy (Recenzja by LeckerSweet)

 


_____________________________________________________________________________________________________

Osobiście uwielbiam pisać fantasy. Jestem wtedy Bogiem dla własnego świata, mogę wyrwać się spod sztywnych ram, które narzuca mi przyroda i puścić wodze wyobraźni. Wymyślam, kreuję, tworzę. Dopracowuję szczegóły, by ożywić swoje uniwersum i sprawić, by czytelnik się w nie wciągnął i zapragnął tam żyć. Jestem w stanie zrobić

wszystko... Chwila, stop, za cukierkowo się zrobiło.

Uważam, że fantastyka osadzona w wymyślonym świecie jest wyjątkowo ciężka do prowadzenia właśnie ze względu na ten wymyślony świat. Samo planowanie akcji i bohaterów pochłania godziny, do tego trzeba dorzucić różne szczegóły, a tutaj jeszcze gdzieś pomiędzy trzeba wrzucić spójne, sensowne uniwersum... Tragedia! Oczywiście, jak się poświęci kilka miesięcy ze swojego życia, setki odrzuconych pomysłów i mnóstwo cierpliwości, to nie jest to takie trudne. Ale co się stanie, jeśli nie poświęci się temu nawet jednego dnia?

„One Way To Dreams" to opowiadanie autorstwa Ramoninth, które do gatunku fantasy należy. Opowiada ono o czwórce przyjaciół, która wyrusza na wyprawę po fiolki z zaczarowanym płynem. Tenże płyn daje potężne moce temu, kto je wypije, ale aby się do niego dostać, trzeba przejść wiele intrygujących i niebezpiecznych krain. Stawka jest wysoka (kto by nie chciał mieć supermocy?), więc warto o nią walczyć. Niestety czasami może być i za wysoka... Brzmi ciekawie? Oczywiście, tylko tak to wygląda.

Jakie było moje pierwsze wrażenie?

Moje wrażenie oprę na opisie fabuły i opisach elementów fantastycznych (miejsca, przedmioty, moce i zwierzęta), ponieważ to je w pierwszej kolejności przeczytałam. Pierwsze co – poczułam się przytłoczona. Tych elementów było za dużo. Do teraz nie jestem w stanie wymówić połowy z ich łacińskich nazw, a o rolach i zastosowaniach już nie wspomnę. Gdyby przypadkowy czytelnik został przywitany takim blokiem tekstu (okraszonym zdjęciami z Google Grafika; ich wygląd często był pomijany), stwierdziłby, że jebie tę robotę i tego nie czyta i ja sama z chęcią bym to zrobiła. Odsuwając na bok tę kwestię, mogę powiedzieć, że te opisane obiekty zapowiadały się nawet ciekawie i gdybym została w ten świat wprowadzona powoli i spokojnie, moja opinia byłaby pozytywniejsza. Przejdźmy jednak do opisu fabuły.

„Czwórka przyjaciół – Aunash, Divanch, Deuvod i Gethmuzch posiadają kontrolę nad każdym z żywiołów. Divanch posiada kontrolę nad wodą, Gethmuzch nad ogniem, Deuvod nad powietrzem, a Aunash nad ziemią. Niestety, dziewczyna nie jest szczęśliwa ze swojego daru, gdyż inne osoby oprócz jej przyjaciół, śmieją się z niej z powodu, gdyż uważają kontrolę nad ziemią za bezużyteczną. W pewnym momencie, dowiaduje się ona o pewnej fiolce, umiejscowioną (sic!) na dnie Oceanu Śmierci dzięki której mogłaby posiąść władzę nad pozostałymi żywiołami. Postanawia po nią wyruszyć. W drodze pomagają jej przyjaciele. Drodze przygodami..."

Gdyby ten opis był opisem wattpadowego opowiadania, z czystym sumieniem nie weszłabym do środka. Żaden z tych błędów nie został zrobiony przeze mnie, tak było w oryginale. Widać tu problem z interpunkcją, składnią zdań, literówki, powtórzenia i mój sic! – błąd w odmianie imiesłowu „umiejscowiony", jakby autorka się zamyśliła podczas pisania lub chciała inaczej to zdanie zbudować, ale zapomniała poprawić pierwszej jego części. Żadna z tych pomyłek nie miałaby prawa bytu, gdyby tylko tekst sprawdzono po jego napisaniu, tak się jednak nie stało.

Oprócz kwestii technicznej razi mnie nieciekawość tego opisu i imiona bohaterów. Co do nieciekawości, opis ma być reklamą. Ma zachęcać do wejścia*. Stąd wieje nudą na kilometr. Fabułę przedstawiono nam jako szarą breję, z której nie da się nic pozytywnego wyciągnąć, a to nieprawda! Ta historia ma duży potencjał i gdyby ją odpowiednio zareklamować, mogłaby przyciągać tłumy czytelników!

Natomiast imiona głównego kwartetu (jak i reszty bohaterów, których nie ma wiele) nie wskazują na ich płeć i są trochę problematyczne. Gdyby autorka nie zaznaczyła, że dziewczyna (czyli Aunash) kontroluje ziemię, w życiu nie domyśliłabym się, jak się nazywa. Wymyślone imiona, w tym te pochodzące z internetowych generatorów, różnią się od naszych i jest to zupełnie naturalne, ale mimo to dalej dla neutralnego czytelnika pozostają one czymś nowym i wypadałoby gdzieś napisać płeć bohaterów. Najlepiej obok dopisku, jak się te imiona czyta, bo chociażby Gethmuzch do dzisiaj sprawia mi duże kłopoty przy próbie przeczytania (Gecmusz? Getmuch? Dżetmusz?). One są wymyślone na potrzeby historii, nikt się z nimi wcześniej nie spotkał, zatem takie sprawy powinno się objaśnić.

Podsumowując, uważam, że opowiadanie nie zapowiada się dobrze. Błędy, bombardowanie informacjami i nuda to jednak tylko część problemu.

*Jest to tylko opis fabuły, jednak po jego budowie (choćby ostatnie zdanie, wyraźnie będące zapowiedzią czegoś większego) wnioskuję, że miał on za zadanie właśnie zachęcić do wejścia na bloga.

Co sądzę o fabule?

Fabuła opka została nam nakreślona, wszystko ładnie, pięknie. Ale co z realizacją?

Jak dla mnie w opisie powinno być ostrzeżenie, że sama historia jest ekstremalnie nudna. Brakuje w niej pewnej podstawowej rzeczy, której brakowało też w „Roku w poziomce" Katarzyny Michalak i są nią kłopoty. Wszystko idzie naszym bohaterom jak z płatka, z łatwością przewidują nadchodzące wydarzenia (oczywiście „przypadkowo"), deus ex machina to ich stary ziomek, a potężne zło, które miało im teoretycznie przeszkadzać, nie robi nic. Tego nie da się uzasadnić kreacją świata, po prostu brakuje tu logiki.

Zacznijmy od braku problemów. Na całe jedenaście rozdziałów (teoretycznie dwanaście, ale rozdział trzeci postanowił wziąć przykład z Poradnika Uśmiechu i się usunął) ich jedynym poważnym utrudnieniem było zachorowanie całej czwórki po zażyciu magicznych płynów. Tak, już po osiągnięciu celu, więc nie przeszkadzało im to w niczym. Na dziesięć z jedenastu rozdziałów „problem", jaki napotykali rozwiązywał się w następnym akapicie lub nie było go wcale (w rozdziale jedenastym była kłótnia między Aunash a jednym z jej przydupasów, pogodzili się dopiero na początku następnego rozdziału). Połowa lokacji, które odwiedzili, wręcz ich uszczęśliwiała, pomagała im i ratowała dupy, a jak wiadomo, normalnie takiej lokacji nie byłoby wcale albo byłaby jedna, ale postój na niej musiałby być wyjątkowo krótki. Jeśli mamy dorzucić tego zła, to niech ono dłużej trzyma, realizm wymaga. Mogli, przykładowo, dłużej chorować albo być mocno poranionym (i nie wyleczyć tego po kilku zdaniach, bo wszystkie rany tak tam leczono) i w takim dupnym stanie wędrować dalej. Albo ta kłótnia wyżej, mogła zaważyć na zdobyciu fiolek, bo ten buntowniczy przydupas kontrolował wodę i to on miał wyjąć je z oceanu. Ci ich wrogowie mogli ich pojmać i spróbować zamknąć w jakimś więzieniu czy innym świecie, a bohaterowie musieliby się stamtąd wydostać. Opcji jest mnóstwo, stworzone przedmioty i krainy dawały szerokie pole do popisu w kwestii krzyżowania planów naszemu kwartetowi. Niestety nie zostały wykorzystane.

Przewidywanie wydarzeń nastąpiło w rozdziale bodajże szóstym, zatytułowanym „Najskrytsze myśli". Nie wiedziałam, że w głębi duszy cała czwórka potrafi jasnowidzieć. Oni w tym rozdziale przewidzieli akcję następnych czterech rozdziałów! Do jasnej cholery! Wiem, fantasy, inne prawa, inne życie, ale żadne z nich nie potrafiło jasnowidzieć, więc nie dorzucajmy im takiej mocy. Nie dość, że to jest kolejna deus ex machina (o tym zaraz), to jeszcze niepotrzebny spoiler, który może zepsuć radość z czytania, a nawet doprowadzić czytelnika do rzucenia opowiadania. Skoro wie, co się stanie dalej, to po co ma to czytać?

Bóg z maszyny. Jak ja to kocham. Każdy, dosłownie KAŻDY ich problem został w taki sposób rozwiązany. Nagłe ujawnienie się mocy jasnowidzenia, nagłe pogodzenie się skłóconych przyjaciół (to było tak bardzo z dupy, że przy bohaterach się na ten temat rozpiszę), zerwanie przez Aunash magicznego kwiatu dającego kilka mocy, teleportowanie koni, kiedy one nie mogły się teleportować, zdobycie naszyjnika, dzięki któremu wszystkie ich marzenia natychmiastowo się spełniały, sam fakt istnienia ich wrogów (o tym też walnę elaborat)... To tak nie działa. Nie. Niech się męczą, na tym polega życie. To miała być podróż z przygodami, a nie wakacje, a tak właśnie to wygląda. Niektórych rzeczy nie da się naprawić ot tak sobie, powinny się za nimi ciągnąć i im przeszkadzać. Z każdego z tych wątków można było wyciągnąć tyle akcji, że to aż boli, gdy widzę zmarnowaną okazję do uczynienia opowiadania oryginalnym i ciekawym.

Zło władało wieloma krainami od tysięcy lat. Mieszkańcy tych terenów już dawno stracili nadzieję na ocalenie. A tu co? JEB, WBIJA SOBIE AUNASH Z ZIOMKAMI, KLEPU KLEPU I NIE MA ZŁA. Nie, nie przesadzam, autentycznie tak było. Te krainy cierpienia, smoki, które zabijały każdego, kogo napotkały, ocean, z którego nikt nie wrócił żywy, to jakiś nieśmieszny żart. Skoro zabijają każdego, to niech zabijają każdego, albo chociaż oszpecą/okaleczą/wywołają traumę. Nie, po co, im wszystko idzie jak po maśle, więc dlaczego z głównymi złodupcami miałoby być inaczej. Naprawdę, ich walki nie zajmowały więcej niż pół strony i zawsze kończyły się sukcesem.

Fabuła to, mówiąc wprost, dno. Nie mogę znaleźć w niej nic pozytywnego. Zmarnowany potencjał nie ma nawet siły płakać. Opowiadanie nie wciąga, nie jest dynamiczne, nie jesteśmy w stanie poczuć jakiegoś dreszczu emocji. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

Co w takim razie z bohaterami?

Bohaterów było siedmiu, ale opowiem tylko o sześciu, bo jeden pojawił się tylko w trzecim rozdziale i nie mogłam go poznać. Szkoda, bo po opisie zapowiadał się fajny gość.

Zacznijmy od Aunash, bo to ona w głównym czworokąciku wybija się na pierwszy plan. Powiem krótko – Mary Sue. Już w opisie fabuły mamy informację, że jest nieszczęśliwa. Dlaczego? Bo ma słaby żywioł. *klask klask* I do tego wszyscy się z niej śmieją. *klaszcze głośniej* Za co, do cholery? Przecież żywioł ziemi jest bardzo potężny i można nim wiele rzeczy wywołać. Zresztą z pozostałymi żywiołami tak samo, ale tych pozostałych nie wyśmiewają, więc je pomińmy. Tych wrednych brechtaczy nawet nie dostaliśmy w opowiadaniu, a skoro mają wpływ na Aunash, to powinni się pojawiać. Mimo to narrator nam nagminnie przypomina, że jest taka nieszczęśliwa i smutna, i w ogóle mogłaby się zabić, gdyby nie miała swoich przydu... przyjaciół. (ciekawostka: ona mieszka w krainie, w której ludzie nie mają problemów, a je ma; takie trochę biologiczne cheatowanie, ale o tym w sekcji poświęconej światowi przedstawionemu) Dostawała niemal wszystko. Miała silną moc, kwiat, który dawał jej inne zdolności, naszyjnik spełniający życzenia, na moście również spełniającym życzenia (nie, nie wiem, jak to robi) jej marzenie zostaje szybko zrealizowane, nawet, gdy wypija z ziomkami te płyny, to dostaje jedną i to bardzo rzadką moc więcej. I tak była nieszczęśliwa. Miała trzech... Dobra, powiedzmy sobie wprost, przydupasów, którzy dbali o nią bardziej niż o siebie samych i skoczyliby za nią w ogień. Dalej nieszczęśliwa. Świat byłby w stanie jej nieba uchylić, by tylko wszystko szło po jej myśli, a jej prześladowcy ani razu się nie pojawili. Still unhappy. Ona ewidentnie nie miała powodu, by cierpieć, a to bycie smutną zostało wciśnięte na siłę. Może przejdźmy na chwilę do czegoś innego: Aunash w przeliczeniu na nasze ma trochę ponad rok. Ma 120 lat, a lata w tej Krainie Tęczą, Radością i Ciastkami Mydlarki Płynącej liczone są w setkach. Przesuwamy przecinek... O, wychodzi 1,2. Nie zmyślam. I ona robiła takie rzeczy jak prowadzenie konia, kontrolowanie żywiołów, pływanie i walka? Co? Ona w przeliczeniu NIE MA NAWET JEBANYCH DWÓCH LAT! Jeśli się wprowadza odmienny sposób liczenia wieku, to niech chociaż będzie spójny i sensowny. Jako przykład podam Władcę Pierścieni i Hobbita, gdzie występowały długowieczne rasy. Choćby Aragorn, pochodzący od Dunedainów, miał około osiemdziesięciu lat w trakcie Wojny o Pierścień, a Dunedainowie dożywali ich dwieście. Podobnie z dwójką krasnoludów — Filim i Kilim, którzy mieli również około osiemdziesiątki, a byli najmłodszymi członkami wyprawy. Krasnoludowie żyją mniej więcej dwieście pięćdziesiąt lat. Takie szczegóły trzeba dopracowywać i żadne braki w matematyce nie służą za wyjaśnienie. Research i dbałość o szczegóły muszą być, koniec, kropka.

Znowu muszę zmienić temat, bo kwestia wieku dość krótka była. Przez całą historię Aunash tylko udowadniała nam, że stanowiła tylko zbędny balast dla zdecydowanie bardziej przydatnych Divancha, Deuvoda i Gethmuzcha. Jej przekonanie o tym, że ma przejebane sprawiło, że serio miała przejebane. Geokineza daje wiele możliwości, a ona nie mogła wykorzystać żadnej z nich! Ratowały ją tylko artefakty i miejsca, w których „przypadkowo" się znajdowali, tak to nie umiała kompletnie nic. Tak nie powinno być. Planuję opowiadanie, w którym wszyscy mają supermoce, tylko główna bohaterka ich nie posiada. To jej realnie utrudnia życie, ponieważ jest słabsza fizycznie, często choruje (a ze względu na to, że nie działają na nią inne moce, nie może być normalnie leczona) i najprawdopodobniej nie będzie mogła pracować w żadnym odpowiadającym jej zawodzie ze względu na to, że w większości trzeba używać magicznych zdolności. Ludzie się z niej wyśmiewali i ją ignorowali, bo kto by chciał się przyjaźnić z dziwadłem, ona była zmutowana. Mimo to szła przez życie z podniesioną głową, rozwijała pasje, umysłowo pierdołą nie była i gdy przychodziło co do czego, działała, dawała sobie radę i nie pozwalała sobie na smęty. Oczywiście wyśmiewanie pozostawiło w niej traumę, ale nie robiła z tego wielkiego nieszczęścia. Da się? Da się! Aby w postać się wczuć i jej współczuć, nie trzeba kreować z niej nie wiadomo jakiej poszkodowanej. Troszkę off-top tu zrobiłam, przepraszam, ale akurat mi pasowało. Wracając do Aunash, ona chyba nie wie, że przyjaźń działa w obie strony. Jej ziomkowie to zajebiści ludzie byli. I dali jej rozwiązanie problemu, który miała, i uratowali jej życie, i dawali jej robić postoje w jakichś fajnych miejscach, i wszystko dla niej robili. A ona nic nie umiała zrobić, to bóg z maszyny wszystko im dawał. Kula u nogi. Już na samym początku była po prostu chamem, którego nie dało się polubić, co czytelnik wyraźnie widział po jej odnoszeniu się do tej trójki przydupasów. Potraktowała ich jak niewolników – wiecie, i tak nie uciekną, to mogę ich gnoić bez litości. Potem praktycznie się nie przydawała (ale i tak od niej zależały losy walk!), miała te swoje itemki, ale no. I nadeszła kłótnia.

Wiecie, ja naprawdę staram się zrozumieć bohaterów opowiadań i ich polubić. Ale gdy Divanch zjechał Aunash, to ja mogłam mu ołtarzyk stawiać, tak go popierałam. Serio. On wtedy streścił jej rolę w wyprawie, może był zbyt bezpośredni i niemiły, ale tak było. A tekst Aunash „Radźcie sobie sami!!!" niemiłosiernie mnie rozbawił. Gdyby tę wyprawę chłopaki zorganizowały bez tej laski, zaoszczędziłyby sporo czasu i nerwów. Ona i tak prawie nic nie robiła, więc poradziłyby sobie znakomicie bez niej. Jednak Deuvod i Gethmuzch nie pomyśleli ani przez chwilę logicznie i nie próbowali zrozumieć punktu widzenia Divancha, tylko wyskoczyli na niego z ryjem, że Aunash miała nieszczęśliwe życie i nie ma prawa jej nic powiedzieć. Na miejscu Divancha też bym się wkurzyła. Tamci polecieli bez oporów pocieszać Aunash; żaden z nich nie spróbował na spokojnie pogadać z przyjacielem? To wygląda tak, jakby Gethmuzch i Deuvod byli na zabój zakochani w dziewczynie, a Divancha tolerowali przez wzgląd na nią. I nie, uzasadnienie „nie możemy się dogadać" nie działa. Jeśli są tak dobrymi przyjaciółmi, to powinni umieć ze sobą rozmawiać. I tak najlepsza była akcja z początku rozdziału po kłótni: gdzieś tam sobie lezą, nagle Divanch i Aunash patrzą na siebie i nagle się godzą, a Divanch przeprasza Aunash i stwierdza, że go poniosło, że nie powinien tak mówić. GDZIE TU JEST TO ZRANIENIE? Skoro laska była tak smutna przez to, powinna chociaż trochę się wahać, chłopak też. Tutaj wchodzą w grę relacje i zaufanie z nimi związane, ale już wspominałam o tym, że ta przyjaźń ewidentnie nie jest normalna, jak dla mnie to oni są zakochani w Aunash, a ta się nimi bawi. Chyba z tamtym ołtarzykiem nie przesadziłam. Tej cholery po prostu nie dało się lubić ani próbować się z nią utożsamić.

Gethmuzch i Deuvod to z charakteru praktycznie klony, więc poruszę ich temat razem. Autorka stworzyła z nich jeszcze bardziej bezpłciowych bohaterów niż się da. Ich jedynym zadaniem (i marzeniem!) było uszczęśliwianie i ratowanie Aunash. Obchodzili się nią jak z dzieckiem, które jak nie dostanie zabawki, to zacznie płakać. Ja rozumiem przyjaźń, ale nie musieli jej we wszystkim ustępować. Dziwne, że w opku nie ma love story, bo by pasowało. I tak, oni też powinni być rocznymi berbeciami.

Divanch był tym zUym przyjacielem, który odważył się podważyć autorytet Och Jakże Zajebistej Aunash. Jak dla mnie to był po prostu brak pomysłów, bo ta kłótnia nijak na nich wpłynęła. Sam fakt, że tak bezproblemowo przyznał, że to jego wina, jest podejrzany. W cechach miał egoizm, więc raczej nie zrobiłby tego łatwo. Po tym wydarzeniu zresztą dalej był wiernym (chociaż taką cechę też miał, więc to ma sens) pieskiem Aunash, więc po co? Ten wątek można było poprowadzić na wiele różnych sposobów, wykorzystując zalety i wady obojga. Poza tą kłótnią Divanch w sumie był klonem Gethmuzcha i Deuvoda, ale on raz wyzwolił się spod iście sektowego myślenia. Tak, w kwestii wieku też.

Ci ich wrogowie (Madekth i Ziruacash) to zwyczajne dupy wołowe i niech nikt nie próbuje temu zaprzeczać. Jedynym ich poważnym osiągnięciem było zniszczenie zaczarowanego kwiatu Aunash, a oni władali krainą! Jakim cudem nikt ich nie zdetronizował? Przecież takie pierdoły nie byłyby w stanie utrzymać się na szczycie przez tyle czasu (chociaż też mieli po roku, więc wiekowymi władcami nie byli), skoro zwyczajni ludzie bez doświadczenia w walce bez trudu pokonali nie tylko ich, ale i wszystkie ich formy ochrony. Inteligencją to ta dwójka nie grzeszyła, na przykład dam schowanie kuli utrzymującej Krainę Cierpienia w ładzie w głównym pomieszczeniu. Że co? Ja na ich miejscu bym schowała tę kulę do piwnicy, otoczyła drutem kolczastym, umieściła laserową ochronę i fosę z kwasu, zaryglowała drzwi do pomieszczenia, w którym leżałaby ta kula, a na wszelki wypadek zamontowałabym jeszcze emitery neurotoksyny z czujnikiem ruchu. A gdzie tam, lepiej dać ją na widoku, by przypadkowy wchodzący mógł ją rozbić, po co jakąś szczątkową ochronę dać, nieee. Albo wessanie ich do Krainy Śmierci, to mnie powaliło. Nie umieli pokonać czwórki zjebów, którzy nie potrafią walczyć, stojąc na czele jakiegoś terytorium. I jeszcze popełnili podstawowy błąd strategiczny: kto normalny wiesza swoją broń (czyli to lustro) na ścianie, by randomowy wróg mógł ją wykorzystać? Nie dało się go umieścić gdzieś indziej albo chociaż przykryć materiałem? Czy oni naprawdę byli idiotami? Co prawda mądrzejszymi od głównego kwarteciku, ale dalej idiotami? To sprawia, że to wielkie zło przestaje być takie wielkie i ma się wrażenie, że główni bohaterowie nie mają problemów. To tak na koniec rzucę pytanie: jaki oni w zasadzie mieli powód dla powstrzymania głównej czwórcy przed zdobyciem fiolki, bo nie pamiętam, czy w ogóle Madekth i Ziruacash go mieli?

Poruszę jeszcze jeden temat. Czemu nazwiska bohaterów są łacińskimi nazwami ich mocy? Nie ma innych nazwisk? Przecież nazwiska a nadprzyrodzone zdolności to co innego.

Na zakończenie tej sekcji powiem tyle: bohaterowie to najprawdopodobniej najsłabszy punkt tej opowieści. Zachowywali się nielogicznie, głupio, irytowali i nie dało się z nimi utożsamić. Oby w dalszej części poszło trochę lepiej...

Styl, poprawność, czy to opko umie zainteresować?

Pod względem ortografii opowiadanie jest prawie bez zarzutu (chyba brakowało mi gdzieś ogonka, ale głowy nie dam) i mnie to cieszy. Podział na akapity również występuje, tekst nie zlewa się w jedną masę.

Niestety interpunkcji już nie chwalę. W każdym rozdziale znajdzie się minimum jeden błąd, gdzie przecinka brakuje lub został on niepotrzebnie dostawiony (zapewne gdyby rozdziały były dłuższe, tych błędów byłoby więcej, ale o tym za momencik). Tutaj przykład jednego akapitu (rozdział 9 – „Ostatnia nadzieja"):

„Po tej rozmowie, musieli oni jeszcze pozostać w jaskini, gdyż ich poszkodowany przyjaciel był jeszcze słaby i nie miał siły aby wstać. Trwało to dwa dni. Po tym czasie, pomogli mu oni wstać, po czym wsiedli na konie i ruszyli w dalszą drogę..."

Mogę się mylić, ale widzę tutaj trzy błędy interpunkcyjne. Oto tekst z poprawionymi przecinkami:

„Po tej rozmowie musieli oni jeszcze pozostać w jaskini, gdyż ich poszkodowany przyjaciel był jeszcze słaby i nie miał siły, aby wstać. Trwało to dwa dni. Po tym czasie pomogli mu oni wstać, po czym wsiedli na konie i ruszyli w dalszą drogę..."

Poza tym występują niezmiernie denerwujące mnie przecinki w spójnikach złożonych, np. „tyle że". Tam nic nie dzieli tych słów.

Kolejnym dobijającym mnie faktem jest zapis dialogów. W „One Way To Dreams" ten zapis został skopany. Jak wiadomo, dialogi pisze się w ten sposób:

„Kaja opadła bezwładnie na ławkę, rzucając plecak gdzieś pod nogi przyjaciółki.

— Jak ja przeżyję do końca dnia, to będzie cud prawdziwy  stwierdziła pesymistycznie. Swój wzrok utkwiła w obrazie przedstawiającym Juliusza Słowackiego, jakby poeta mógłby jej ulżyć w cierpieniu.  Broń, Julku, przed idiotami. Nie dam rady jeszcze iść na pływanie, olać to.

— A gdzie twoje marzenia o dobrej formie i pięknym kaloryferku?  zachichotała Inger, akcentując przesadnie ostatnie słowa. Wydawała się kompletnie ignorować zmęczenie Steli, zachowując swój ironiczny uśmiech i wyluzowaną postawę, ale wbrew pozorom się martwiła; doskonale wiedziała, jak ważne te cele były dla dziewczyny.

— Formę już mam. A co do kaloryfera... Powiedzmy, że przechodzę na ekologiczne ogrzewanie."

Znowu zrobiłam self inserta, ale przykład się nadawał, więc kto mi zabroni. Jak widać, w tym dialogu są jakieś emocje, opisy tego, co rozmówczynie robią, synonimy. Zasady pisania dialogu również zachowałam. Taka rozmowa mogłaby się wywiązać między dwiema przyjaciółkami. Tymczasem w opowiadaniu mamy to (fragment z prologu):

„Po chwili zaś, chłopak powiedział do dziewczyny:

- Już wiem, jak cię uszczęśliwić!

- Eh...Ty nigdy nie zrozumiesz. Nie uszczęśliwisz mnie, bo niemożliwe jest od tak zaraz posiadanie kontroli nad czterema żywiołami. Z tym trzeba się urodzić. – Rzekła Aunash czyszcząc podkowy koniowi.

- Ależ jest możliwe! Dzięki Liber Cognito dowiedzieliśmy się, wraz z Divanch'em i Deuvod'em, że na dnie Oceanus Exitium jest umieszczona fiolka, z której po wypiciu płynu, można posiąść kontrolę nad pozostałymi czterema żywiołami! – Rzekł

- Super. – Powiedziała niewzruszona.

- Jakoś nie słyszę w twoim głosie entuzjazmu. Dlaczego? – Spytał

- Wiesz co znaczy „Exitium"? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- No znaczy to „Zagłada"... - Odrzekł lekko zmieszany.

- No właśnie. My tam utoniemy... - Odparła (...)"

Zacznę od błędu rzeczowego – są tylko trzy pozostałe żywioły, nie cztery.

Ten dialog jest prawie pozbawiony emocji; jedynymi ich namiastkami starają się być słowa „niewzruszona" i „lekko zmieszany". Tego nie da się odczuć. Aunash mówi „my tam utoniemy..." w taki sposób, jakby rozmawiali o pogodzie, w żaden sposób nie zostało to zaakcentowane w dopisku narratora. Powinni się ekscytować, bać, dziwić, a tu taka wyjebka. Nikt tak się nie zachowuje, no. Ogólnie połowę dopisków można byłoby stąd wyrzucić, bo nijak nie wpływają na przebieg historii, a czytelnik nie debil i umie się domyślić, że bohater pytając o coś pyta o coś i nie potrzebuje pomocy. Zamiast tego lepiej opisać ich gesty, wyraz twarzy, ruchy, bo tego nie może już wyczytać w suchym dialogu. Źle zapisanym, by the way. Dialog powinien być zapisany od pauz bądź półpauz, na końcu zdania nie powinna znajdować się kropka, ona stoi za dopiskiem narratora (który obowiązkowo zaczyna się od małej litery!). Oczywiście, to zależy od zdania, ale w takim wypadku jak cały ten przytoczony fragment powyżej nie ma wyjątków od tej reguły. Może te kropki po wypowiedzi przeskoczyły tam z miejsc po pojedynczych wyrazach, które służą za dopiski, bo ich tam nie widzę.

Opisy nie prezentują się lepiej, jest ich stanowczo za mało! Oprócz opisów postaci we wszystkich jedenastu rozdziałach (a te opisy postaci znajdowały się w prologu, którego nawet nie liczyłam) mamy ich jak na lekarstwo, a powinny stanowić większą część opowiadania! Zdjęcia w osobnych plikach nie zastąpią opisu z prawdziwego zdarzenia, każdy pisarz powinien to wiedzieć! Same charakterystyki bohaterów są niestety szablonowe i nie pozwalają nam sobie wyobrazić tych postaci w pełni. Zamiast informacji o temperaturze Gethmuzcha wolałabym dowiedzieć się, jak często się uśmiecha albo że ma nawyk przygryzania dolnej wargi w nerwach. Takie drobnostki pomagają sobie wyobrazić człowieka z krwi i kości, a nie płaski rysunek, marną imitację.

Niektóre zdania są dziwnie zbudowane. Można znaleźć takie, którym czegoś brakuje, jak „Kilka godzin później, gdy Aunash dobiegła już swoim koniem do kolejnego wyjścia z drogi podziemnej". Autorka podczas pisania miała nienaturalne zamiłowanie do słówka „jednak", co trochę przeszkadza, zwłaszcza gdy można je zastąpić dowolnym innym spójnikiem. W trakcie pisania warto sobie czytać tekst na głos, pozwoli to uniknąć nienaturalnie brzmiących zdań i pomoże w stawianiu przecinków. Dwa w jednym, kto by nie chciał skorzystać?

Odmiana imion kłuje po oczach. O regułę pisania apostrofu ostatnio kłóciłam się z polonistką, zatem mogę pomóc. Jeśli czytamy ostatnią literę w imieniu/nazwisku, najczęściej spółgłoskę (np. Lopez, Bennington, ale też Disney), to nie używamy apostrofu, bo jest on niepotrzebny. W każdym występującym w opowiadaniu imieniu te ostatnie litery są czytanymi spółgłoskami, więc po co wpychać tę kreseczkę w każdym imieniu? Nawet jeśli nie znało się tej zasady, to bez apostrofu nazwiska wyglądają po prostu ładniej.

Łacina jest pięknym językiem, ale nie nadużywajmy go. Opko wygląda na dwujęzyczne i dałoby się je jako takie zakwalifikować, gdyby nie fakt, że łacina występuje tylko w nazwach własnych. Języków na świecie istnieje cała masa i nazwę danego przedmiotu można zaciągnąć choćby z angielskiego czy francuskiego. Nie musi to być też dosłowne tłumaczenie, jak w wypadku chyba wszystkich tych określeń. Mój pomysł: livrénébres od livre des ténébres, czyli Księga Ciemności, z francuskiego wzięte. Albo Ognisty Oddech na Insula Ignis. (ciekawostka: jak wpiszecie „insula ignis" w Tłumaczu Google i przetłumaczycie na polski, tłumaczenie będzie po angielsku). Obecne nazwy są mało oryginalne, przewidywalne i, co najważniejsze, nieprzetłumaczone w żadnym opisie. Czasami mamy „Monile Ultimus Spiritus", a czasami „Naszyjnik Ostatniego Oddechu" tak z dupy, bez powodu, a wcześniej nie zaznaczono, że to oznacza ten sam przedmiot, a wymyślone przedmioty dokładnie opisać już trzeba, bo nie dając czytelnikowi wskazówek, nie umożliwisz mu zrozumienia całego opowiadania, pozostawisz mu luki logiczne. W swojej głowie siedzisz tylko Ty.

Sam styl nie wciąga, nie próbuje zainteresować, nie jest lekki w odbiorze. Narrator streszcza nam wydarzenia, wplatając tylko dialogi. Tak, jakby wiedział mniej niż my, a tak nie jest, w końcu to autor pociąga za jego sznurki i przekazuje mu wiedzę. Przypomina mi to klepanie skopiowanej z Wikipedii prezentacji na historii, gdy to uczeń stara się jak najszybciej skończyć, dostać dobrą ocenę i wrócić do swego szarego życia. Jedyną różnicę stanowi to, że uczeń faktycznie szybko mówi, a historia narratora dłuży się niemiłosiernie i mimo krótkich rozdziałów ma się wrażenie, że czytanie opka zajmuje wieki. Brak jakichkolwiek opisów, brak emocji i dynamiki, ubogi zasób słownictwa, nieumiejętność wywołania ciekawości... Narrator zdecydowanie do wymiany, trzy razy na nie, możesz pan spadać.

Skoro już wspomniałam o długości rozdziałów, to rozwinę tę kwestię na koniec. Niektóre rozdziały nie przekraczały objętością nawet jednej strony! Jak to może być opko rozdziałowe, skoro ma około piętnastu stron, a wydane książki mają średnio trzysta? Nawet akcja się nie zdąży zawiązać, a już mamy koniec. W ten sposób nie zatrzyma się czytelnika przy sobie, bo w połączeniu z innymi elementami opowiadanie po prostu wyleci z głowy. Ot, słaby, pisany na szybko shot, który jakiś jełop podzielił na rozdziały i nazwał prawilnym fantasy. Jak już warsztat kuleje, to niech chociaż długość trochę wynosi, aby ten gość dłużej wysiedział przed komputerem.

W tej kategorii już jest lepiej niż wcześniej, ale dalej niedobrze. O ile tekst jest czytelny, o tyle kwestie estetyczne aż się proszą o poprawienie, a narrator o natychmiastowe zwolnienie.

A gdzie ta magia?

Zaprzeczyć nie mogę, że świat wykreowany aż ocieka magią. Tony mocy, różnorakie magiczne przedmioty, lokacje dodające many... Chwila, zapędziłam się, nie o Heroes III mówimy. Wracając. Lokacje z niesamowitą florą i fauną... Na fantasy to się nadaje. Czego mogę się czepiać?

Przede wszystkim brak powiązania. Do tego świata nie została dołączona nawet jakaś sensowna mapka! Całe uniwersum do opowiadania powstało w jeden wieczór, więc nie dziwi mnie to, ale to zdecydowanie za mało czasu na stworzenie czegoś rozbudowanego. Kilka fajnych wysepek sobie lewituje w bezkresie, gdzieś pod nimi to wielkie zUo, w zasadzie sensu tu niewiele. Jak się nazywa ten świat? Na co jest podzielony? Jak wygląda administracja? Ustrój? System? Gospodarki krajów? Ekonomia? Sprawy militarne? Społeczeństwo? Halo? Gdzie to? W „One Way To Dreams" została nam przedstawiona niedopracowana utopia, która gdzieś sobie wisi, a żyjątka na niej chyba nie mają podstawowych potrzeb. Wiemy, że kwestia świata została olana, a autorka chyba nie miała szacunku do swoich czytelników, pokazując im to opowiadanie i twierdząc, że jest dobre.

Co z mocami? Dla mnie jednocześnie je zmarnowano i wykorzystano aż nadto. Z jednej strony bohaterowie ciągle ich używali i poniekąd stanowiły motor napędowy fabuły, ale z drugiej miały tyle możliwości. Dlaczego osoby z hydrokinezą nie mogły być wykorzystywane do generowania olbrzymich ilości wody, by móc napędzać elektrownie? Dlaczego geokinetycy nie mogli używać mocy do hodowania jadalnych i leczniczych roślin, by zaopatrzyć sklepy? Ach, no tak, przecież tu nic takiego nie ma. Moce są po nic, powstały po to, aby były.

Dlaczego niektóre przedmioty zostały zepchnięte na drugi plan? O ile dobrze pamiętam, były tam takie fajnie zapowiedziane księgi i pyły żywiołów. Miały ogromny potencjał, a nie został on użyty. Pyły nie pojawiły się ani razu. Przecież w walce przydałyby się jak nic, halo, no! Po księgach chyba pozostało jakieś wspomnienie, ale dalej pełniły marginalną rolę, a nie o to chodzi. Jak coś się kreuje, to się to wykorzystuje.

Utopia, utopia, za dużo utopii. Już wielokrotnie pisałam, że główne zło zostało zmniejszone, ale widać to nawet w podróży. Tak naprawdę nic im kłopotu nie robiło, większość wysp im sprawiała przyjemność, a niepokojące miejsca nie przerażały bohaterów, mieli ostro wyjebane w to. Skoro ma być strasznie, to ma być strasznie! Zresztą te wesołe wyspy też jakoś zbytnio nie pomagały, skoro w Vita Aeterna Aunash srała smutkiem i generalnie pogrążyła się w depresji. To znaczy, wątek i tak już był wepchnięty na siłę, ale w połączeniu z opisem krainy daje niszczycielskie combo. Dobro nie jest logiczne, zło nie jest logiczne, co tu jest logiczne?

Pozostałe przedmioty zbytnio koksiły i za bardzo pomagały Aunash. Jeśli kwiatu nie dało się zerwać, to... można było użyć sekatorów, ale nikt na to nie wpadł, więc ćśśś. Dlaczego Aunash go zerwała? Po co Dirulch dał jej naszyjnik spełniający życzenia, skoro nie była z nim w żaden sposób związana ani nie wyróżniała się zbytnio (wnioskuję po opisach)? Czemu akurat jej życzenie na moście zostało spełnione, skoro nikomu nie udało się spełnić swojego życzenia? Świat szedł zawsze na korzyść Aunash i to było wyraźnie pokazane. Nie mogło pójść inaczej niż po jej myśli, bo historia byłaby spójna i wszyscy byśmy umarli.

A co ze zwierzętami? Został im poświęcony obszerny plik, gdzie opisano różne konie i ptaki, a większość z nich w ogóle się nie pojawiła. Po jakiego grzyba one w ogóle powstały? Znowu mamy bez liku opcji do użycia tychże zwierząt, a one były tylko po to, by sobie być. I tyle. Zero. Null. Wiemy tylko, że na koniach sobie jeździli, a ptaki gdzieś tam sobie po kij latały, a to za mało, by mówić o sensownym wykorzystaniu stworzeń. Kolejne zmarnowane potencjały.

Świat jest niedopracowany, niewykorzystany i sklecony na szybko, nie ma co się rozwodzić. Aż płakać się chce, widząc, jakie piękno drzemało w tych paru wyspach, ile można było na ten temat napisać... M a r n o t r a w s t w o.

Ogólna opinia

Opowiadania tego nie mogę polecić nikomu, dopóki nie przejdzie gruntownego remontu. Tutaj należy zmienić wszystko, od planu na fabułę po budowę świata (a raczej jej brak). Umiejętności pisarskie trzeba szlifować, nikt nie rodzi się mistrzem, ale nie ma innego wyjścia na osiągnięcie takiego poziomu niż ciężka praca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powiedz co sądzisz o analizie, zacznij dyskusję lub po prostu zadaj pytanie. ^.^